Blood of My Monster był ogniem i benzyną. Wiedziałaś, że się sparzysz, ale przynajmniej widziałaś płomień. Lies of My Monster jest czymś gorszym. Jest nadzieją. A nadzieja, która raz po raz dostaje w twarz, boli bardziej niż jakikolwiek ogień. Bo w tym tomie Kent robi coś okrutnego — daje ci momenty, w których myślisz, że Kirill wreszcie się przełamie. Że ta fasada zimnego kalkulatora w końcu pęknie na dobre. Widzisz, jak uczucie do Sashy przebija się przez kolejne warstwy kontroli i taktyki. Widzisz go prawie ludzkiego. Prawie ciepłego. Prawie kogoś, komu mogłabyś zaufać. A potem odwala coś, od czego robi ci się słabo. I to jest właśnie problem z Kirillem Morozovem w drugim tomie. W Blood of My Monster mogłaś go zaszufladkować jako potwora z lodową fasadą. Tu jest gorzej. Tu widzisz, że pod tą fasadą coś jest. Że on WIDZI, co robi z Sashą. Że widzi konsekwencje swoich decyzji z chirurgiczną precyzją — i podejmuje je mimo to. Nie dlatego, że jest ślepy. Dlatego, że w jego świeci...