Przejdź do głównej zawartości

To, czego nie wiedział o sobie. Brimstone — Callie Hart


W tradycji wielu kultur prawdziwe imię to nie tylko sposób na zwrócenie się do kogoś. To klucz. Ten, kto zna twoje prawdziwe imię, ma nad tobą władzę — może cię wezwać, może cię kontrolować, może dotknąć tej części ciebie, której nikomu nie pokazujesz. Egipcjanie ukrywali boskie imiona przed śmiertelnikami. W baśniach europejskich wypowiedzenie imienia demona na głos było równoznaczne z jego pokonaniem. W świecie Callie Hart Fae przekazują prawdziwe imię małżonkowi jako najwyższy akt zaufania.

Wątek imienia Kingfishera jest jedną z najmocniejszych rzeczy, po jakie sięga Brimstone. Jest też jedną z tych, które — moim zdaniem — nie zostały do końca dociśnięte. Pomysł jest piękny, ale wykonanie momentami gubi to, co powinno boleć najbardziej. Saeris przestawia się na nowe imię zbyt szybko, intymność chwili rozchodzi się po świecie, zanim zdążymy ją poczuć — i to jest żal, bo Hart miała w rękach coś bardzo rzadkiego.

Ale Brimstone to nie tylko ten jeden wątek — i tu właśnie zaczyna się przewaga drugiego tomu nad pierwszym. Saeris w tej książce to zupełnie inna kobieta niż ta, którą poznałyśmy w Quicksilver. Dalej walczy, dalej pada i wstaje — ale teraz robi to z pewnością siebie, która w pierwszym tomie dopiero kiełkowała. Jej magia rośnie, jej decyzje mają ciężar, a sceny, w których przejmuje inicjatywę, są dokładnie tym, na co czekałam. Patrzyłam na nią i myślałam: no nareszcie. Właśnie taka jesteś naprawdę.

Kingfisher z kolei odsłania kolejne warstwy. Staje się bardziej przystępny, nie tracąc przy tym nic z tego, co go definiuje. Ale największym odkryciem Brimstone jest dla mnie dynamika między nim a Carrionem. To duet, który na papierze nie powinien działać — jeden zamknięty i mroczny, drugi bezwstydnie wygadany — a w praktyce tworzy coś fascynującego. Ich wspólne sceny mają energię, której nie spodziewałam się w tej książce i po której chcę więcej.

Brimstone ratują jednak dwie rzeczy, które są dla mnie prawdziwym emocjonalnym centrum tej historii. Pierwsza to Tal. Taladaius to postać, której wątek zajmuje mniej miejsca niż Kingfisher czy Saeris, ale bije głębiej. To ktoś, kto stracił wszystko. A potem powoli, ciężko odbudował cokolwiek mógł — i stracił jeszcze raz.

Podwójna strata jest okrutniejsza od jednorazowego uderzenia, bo zakłada coś nieznośnego: że pozwoliłeś sobie znowu chcieć. Że dałeś czemuś szansę. I że ta szansa okazała się złudzeniem. Hart nie dramatyzuje jego historii na siłę — po prostu ją pokazuje. I właśnie dlatego to działa.

Drugą rzeczą jest Onyx — mały biały lisek, który kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Przyłapałam się na tym, że trzymam za niego kciuki mocniej niż przy połowie wątków fabularnych. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu go kocham.

Kilka ostatnich zdań tej książki to poziom emocjonalny, który trudno zapomnieć. Hart wie, jak zamknąć — wie, w którym miejscu zostawić czytelnika, żeby odłożył książkę i nie mógł przestać myśleć. To rzadka umiejętność i Brimstone z niej korzysta pełnymi garściami. Żałuję tylko, że ta precyzja nie była równomiernie rozłożona przez cały tekst.

Jeśli Quicksilver zostawił Cię z pytaniami — o Kingfishera, o świat, o to, co właściwie wydarzyło się przy bramach — Brimstone na większość z nich odpowiada. Nie zawsze tak, jak byśmy chcieli. Ale odpowiada.

I jeszcze jedna rzecz, jeśli znasz język angielski. Na stronie Callie Hart dostępne są bezpłatnie bonusowe rozdziały z POV Kingfishera, można je też znaleźć jako audiobook na Storytelu. Obejmują bitwę przy Wrotach Cajun i scenę z pewną sukienką z pierwszego tomu. Dają kontekst, który sporo wyjaśnia, zanim wejdziesz w Brimstone, i są naturalnym pomostem między tomami. Warto.


Callie Hart
Brimstone
Fae & Alchemy #2
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Wydawnictwo Hype, 2026


Komentarze