Przejdź do głównej zawartości

Anatomia językowego sabotażu. Jak polskie wydania New Adult mordują chemię między bohaterami

The Deal Elle Kennedy tłumaczenie

Skoro ekranizacja Off-Campus właśnie podbiła Prime Video, internet znowu zapłonął miłością do Hannah i Garretta. Pisałam już o tym, jak sprytnie The Deal ukrywa psychologiczny ciężar pod płaszczykiem kampusowego romansu. Dziś jednak porozmawiamy nie o psychologii, a o narzędziu, którym się ją buduje. O języku. A konkretnie o tym, jak polskie wydanie potrafi ten język — i całe napięcie — bezlitośnie rozbroić.

Usiądźcie wygodnie. Porozmawiamy o sypialni, amerykańskich hokeistach, marketingu i... przemyśle drobiarskim.

Seksowanie sypialni, czyli sumienie z fermy drobiu

Romans uniwersytecki i literatura New Adult rządzą się bardzo konkretnymi prawami. Dynamika relacji między bohaterami opiera się na dialogach oraz na ich wewnętrznych monologach. Te rozmowy muszą iskrzyć — być żywe, szybkie, potoczne, pełne podskórnych aluzji i naturalnego, młodzieńczego luzu. Kiedy czytelnik śledzi grę pozorów między dwiema silnymi osobowościami, każde słowo ma znaczenie.

I wtedy wchodzimy w kluczową, intymną scenę polskiego wydania The Deal. Hannah i Garrett przekomarzają się w łóżku.

Wersja oryginalna:
“Does that mean we get to have sex now?”
“Ha. You wish.” He wags his finger at me. “Baby steps, Wellsy. Remember?”

Wersja polska:
— Czy to oznacza, że będziemy mogli się seksować?
— Ha. Chciałabyś. — Kiwa przecząco palcem. — Małe kroczki, Wellsy. Pamiętasz?

W tym momencie w głowie czytelnika następuje potężny zgrzyt. Cały romantyczny i zmysłowy nastrój paruje z pokoju w ułamku sekundy. Dlaczego? Bo choć „seksować się” bywa notowane jako potoczne określenie uprawiania seksu, w praktyce brzmi tu ciężko, sztucznie i zaskakująco nieerotycznie. Zwłaszcza że znacznie silniejsze, bardziej osadzone w języku skojarzenie prowadzi do „seksowania” piskląt — czyli rozróżniania płci świeżo wyklutych kurcząt w przemyśle drobiarskim.

Przeniesienie tego topornego, pobrzmiewającego technicznym językiem czasownika do sypialni dwudziestolatków sprawia, że inteligentna, sarkastyczna Hannah nagle zaczyna brzmieć jak robot z podręcznika do wychowania do życia w rodzinie z głębokich lat 90.

Myślicie, że to jednorazowa wpadka? Skądże. Kilka rozdziałów dalej to samo potworne słowo wraca, ale tym razem trafia do... wewnętrznego głosu bohaterki. Hannah rozmyśla o innym chłopaku, po czym karci sama siebie w duchu:

Wersja polska:
„Ponieważ byłaś zbyt zajęta seksowaniem się z Garrettem?”

Wersja oryginalna:
“Because you were too busy having sex with Garrett?”

W oryginale dziewczyna używa absolutnie klasycznego, potocznego i naturalnego dla amerykańskich studentów „having sex” — a w sypialni: „get to have sex”. W jej oryginalnym głosie słychać lekkość, zadziorność i tę specyficzną pewność siebie. To nie jest biologiczny komunikat; to jest element ich miłosnej gry. Polski tekst zamienia tę iskrę w drętwą, kurzą formułkę.

Uniesienie cytuje... urzędowy kalendarz państwowy

Idźmy dalej, bo im głębiej wchodzimy w tekst, tym wyraźniej widać, że polskie wydanie nie zawsze utrzymuje temperaturę scen, które w oryginale są szybkie, obrazowe i celowo przesadzone. Kiedy Hannah opisuje swoje fizyczne i emocjonalne uniesienie u boku Garretta, w oryginale używa bardzo plastycznej, kulturowo czytelnej amerykańskiej metafory:

Wersja oryginalna:
“...it’s like an entire Fourth of July fireworks display going off inside me.”

Fourth of July w amerykańskiej popkulturze to synonim gigantycznego, widowiskowego, spektakularnego wybuchu kolorów i ognia na nocnym niebie. Kiedy Amerykanin mówi, że czuje w środku „fajerwerki na Czwartego Lipca”, myśli o absolutnym, totalnym i oszałamiającym szaleństwie zmysłów.

A teraz zobaczcie, jak tę eksplozję namiętności oddano po polsku:

Wersja polska:
„...to tak, jakby wszystkie pokazy sztucznych ogni z okazji Święta Niepodległości eksplodowały w środku mnie.”

W tym momencie temperatura tekstu spada poniżej zera. Hannah w chwili największego intymnego zachwytu nagle zaczyna brzmieć, jakby pisała oficjalne sprawozdanie urzędowe albo czytała ramówkę telewizyjną na 11 listopada. Zamiast zmysłowego ognia dostajemy ciężką, nienaturalną frazę, która całkowicie zabija lekki, filmowy rytm prozy Elle Kennedy.

To szczególnie bolesne dlatego, że przekład kulturowy sam w sobie nie jest tu problemem. Można było szukać polskiego odpowiednika, można było zostawić amerykański obraz, można było zbudować inną dynamiczną metaforę. Problemem jest efekt końcowy: zdanie, które w oryginale ma kipieć przesadą i fizycznością, po polsku brzmi jak komunikat z miejskiego biuletynu.

Psychologiczne spłaszczenie: facet „nastrojowy”?

Zły lub niefortunny wybór językowy to jednak nie tylko morderstwo dokonane na scenach erotycznych. To także powolne, systematyczne zacieranie rysunku psychologicznego postaci. W pewnym momencie Hannah precyzyjnie definiuje swój ideał mężczyzny. W oryginale czytamy:

Wersja oryginalna:
“I have a type when it comes to guys. Quiet, serious, moody.”

Słowo „moody” w odniesieniu do faceta w literaturze New Adult czy Dark Romance to bardzo konkretny archetyp. Oznacza chłopaka humorzastego, ponurego, milczącego — taki typ mrocznego buntownika. Hannah szuka kogoś z głębią, może nawet z lekkim emocjonalnym fochem.

Wersja polska:
„Mam swój typ, jeśli chodzi o chłopaków. Spokojni, poważni, nastrojowi.”

I w tym momencie cała charakterystyka postaci robi się miękka w zupełnie niezamierzony sposób. „Nastrojowa” to może być kolacja przy świecach, muzyka jazzowa w tle albo mglisty wieczór. Nazwanie dwudziestoletniego chłopaka z kampusu „nastrojowym” brzmi po prostu komicznie i przesuwa sens wypowiedzi bohaterki w zupełnie inną stronę.

To spłaszczanie języka widać zresztą także w drobniejszych miejscach. Swobodne studenckie określenie „the whole boyfriend/girlfriend thing” polski tekst zamienia na ciężki, mało naturalny „temat stałego związku”. I właśnie takie decyzje — pojedynczo może niewinne — strona po stronie odbierają bohaterom młodość, tempo i autentyczność.

Językowy skansen w szacie premium. 2016 vs 2023 vs 2026

Najbardziej uderzające w tym wszystkim jest to, że te językowe archaizmy wcale nie musiały straszyć współczesnych czytelników. Zróbmy małe śledztwo bibliograficzne.

Pierwsze polskie wydanie The Deal ukazało się w 2016 roku pod polskim tytułem Układ. To były absolutne początki literatury New Adult w Polsce. Rodzimy rynek dopiero uczył się tego gatunku, jego rytmu, slangu i temperatury dialogów. W tamtym momencie część tych rozwiązań można jeszcze złożyć na karb przecierania szlaków.

Problem polega na tym, co wydarzyło się później.

W 2023 roku, kiedy na BookToku wybuchł ponowny szał na serię Off-Campus, książka dostała nowe życie: na okładkę wrócił oryginalny tytuł, połączony z dotychczasowym polskim Układem, a całość ubrano w nowoczesną, pastelową oprawę przygotowaną pod zupełnie nowe pokolenie czytelników. Z zewnątrz wyglądała jak perfekcyjnie odświeżony produkt. Tyle, że język w środku najwyraźniej nie przeszedł równie gruntownej aktualizacji.

I tu nie chodzi o to, żeby po latach rozliczać pojedyncze decyzje przekładowe jak winę nie do wybaczenia. Chodzi o pytanie znacznie ważniejsze: co powinno się wydarzyć, kiedy wydawnictwo decyduje się wprowadzić dawny przekład na rynek po raz kolejny, w nowej oprawie i z nową kampanią? Czy naprawdę wystarczy zmienić okładkę? Czy tekst, który ma trafić do współczesnych czytelników, nie powinien zostać przynajmniej ponownie przeczytany redakcyjnie — szczególnie wtedy, gdy po latach widać już wyraźnie, które rozwiązania źle się zestarzały?

Mamy maj 2026 roku. Serial od Prime Video właśnie wszedł na ekrany, a na półki księgarni wjechało najnowsze, serialowe wydanie. To naturalne, że wydawnictwa chcą zdążyć na falę popularności. Ale właśnie w takich momentach najbardziej widać, czy książka jest traktowana jak tekst, czy wyłącznie jak produkt, któremu wystarczy podmienić opakowanie.

Bo czytelnik może wybaczyć wiele. Ale jeśli płaci za kolejne, głośno promowane wznowienie kultowego tytułu, ma prawo oczekiwać czegoś więcej niż tej samej warstwy językowej pod nową, błyszczącą folią.

Na koniec: czy kurczęta przetrwały?

Jeśli macie barierę językową — czytajcie po polsku, bo fabularnie historia Hannah i Garretta to wciąż absolutny top swojego gatunku. Ale jeśli tylko macie taką możliwość — sięgnijcie po oryginał. Książki Elle Kennedy po angielsku mają zupełnie inny pazur, dorosłość, autentyczny humor i... zdecydowanie nie ma w nich kurcząt.

Pytanie do Was: czy ktoś z Was zdążył już kupić to najnowsze, serialowe wydanie z maja 2026 roku? Błagam, rozwiążcie tę zagadkę w komentarzach — czy wydanie dostało wreszcie świeżą redakcję, czy serialowi hokeiści wciąż muszą się „seksować”? Rozmawiajmy bez cenzury. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: "Lights Out" Navessa Allen - obsesja, czarny humor i puszysty kot

Są okładki, które po prostu krzyczą: „będziesz się świetnie bawić”. Okładka Lights Out jest właśnie taka. Hipnotyzująca, mroczna i niepokojąco piękna, przywodząca na myśl genialny klimat serialu Miłość, śmierć i roboty . To obietnica mieszanki piękna i grozy, fascynacji i niepokoju. A to, co w środku? Czyste, cudowne szaleństwo. Główną siłą tej historii jest bez wątpienia Aly. To nie jest kolejna księżniczka czekająca na ratunek. To kobieta pewna siebie, świadoma swoich pragnień i nieszablonowa, której po prostu nie da się nie polubić. Obok niej Josh – facet z bagażem traum, zaborczy i momentami niebezpieczny, a jednocześnie tak czarujący, że trudno mieć mu cokolwiek za złe. Ta mieszanka jego słabości i siły przyciąga jak magnes. Tym, co wyróżnia Lights Out , jest genialne przeplatanie mroku z absurdem. Navessa Allen serwuje nam sceny pełne napięcia i erotyzmu, by za chwilę rozbroić nas absurdalnym humorem, przy którym trudno nie śmiać się na głos. A wisienką na tym dziwacznym torcie j...

Recenzja: „Reminders of Him" Colleen Hoover – książka, która najpierw łamie serce, a potem je skleja

Mam z Colleen Hoover relację love-hate. Czasem jej historie wydają mi się zbyt schematyczne, ale potem pojawia się taka książka jak „Reminders of Him" i przypomina mi, dlaczego ta autorka wciąż trzęsie emocjami czytelników na całym świecie. Ta książka, choć przeczytana kilka lat temu, została ze mną na długo. I chociaż nie była idealna, uderzyła w tak czułe struny, że płakałam przy niej kilka razy. Kenna Rowan wraca. Po latach spędzonych w więzieniu wchodzi z powrotem do świata, który zdążył ją skreślić, pogrzebać i zapomnieć. Wraca do miasta, w którym straciła wszystko — wolność, godność, miłość. Ale przede wszystkim wraca po córkę, której nigdy nie poznała. I właśnie tutaj Hoover robi coś, czego nie spodziewałam się po niej w takim stopniu — surowo, bezkompromisowo portretuje kobietę, którą społeczeństwo zredukowało do jednego błędu. Kenna nie jest idealna. Nie jest nawet szczególnie sympatyczna na pierwszy rzut oka. Jest zdesperowana, pogubiona i ledwo znosi ciężar własnej winy...

Recenzja: "Wilczy pakt" Melissa de la Cruz

Autor: Melissa de la Cruz Tytuł: "Wilczy pakt" Tytuł oryginału: "Wolf Pact. Parts 1-4" Wydawnictwo: Jaguar Data wydania: luty 2013 Liczba stron: 272 Mimo średniego pierwszego tomu "Błękitnokrwistych", kilka lat temu dałam się wciągnąć w historię upadłych aniołów przemienionych w wampiry. Gdy okazało się, że Melissa de la Cruz planuje spin-off serii, dotyczący poszukiwania przez Bliss ogarów piekieł, czekałam z niecierpliwością. I z żalem muszę przyznać, że nie było tak dobrze, jak się spodziewałam. W czeluściach Piekła Panowie trzymają pod kontrolą wilki, niegdyś potężne i wolne stworzenia, teraz całkowicie zniewolone. Wszystkie szczenięta w dniu ukończenia osiemnastu miesięcy zostają przemienione w piekielne ogary - śmiertelnie niebezpiecznych wojowników, całkowicie podporządkowanych woli Romulusa. Pewnego dnia jeden z wilków podejmuje dramatyczną próbę ucieczki i wraz z kilkoma innymi wilkami trafia na ziemię. Żyjąc w ludzkich ...