Moja ulubiona część Legacy of Gods. Mówię to bez wahania. Jeremy Volkov i Cecily Knight to para, przy której wszystko kliknęło — chemia, głębia, emocje i wzajemna akceptacja bez prób naprawiania drugiej osoby.
Wszystko zaczyna się od jednej nocy. Cecily wkrada się na inicjację Heathens — brutalny rytuał polowania w lesie, gdzie nowi członkowie muszą przetrwać noc ścigani przez resztę grupy. Robi to jako przysługę dla Landona, w którym jest potajemnie zakochana. Myśli, że jest niewidzialna — bo zawsze była. Prześlizgiwała się przez życie niezauważona, cicha, bezpieczna w swojej niewidzialności.
Ale tej nocy diabeł ją zauważył. I od tego momentu Jeremy Volkov nie spuszcza jej z oczu.
Jeremy jest nieodrodnym synem swojego ojca. Jak to Adrian idealnie ujął — obaj cierpią na tę samą przypadłość zwaną "problemy z zaufaniem". I to jest widoczne od pierwszej strony. Lider Heathens, dziedzic rosyjskiej bratwy, ktoś, o kim krążą plotki, że ma już krew na rękach. Zimny, bezwzględny, kontrolujący.
Ale to, co wyróżnia Jeremy'ego spośród wszystkich bohaterów Kent, to jego samoświadomość. On dobrze wie, kim jest. Nie buduje fasady, nie szuka usprawiedliwień, nie gra roli. I nie udaje, że jego świat jest czymś innym niż jest — krwawym, niebezpiecznym, bezlitosnym.
A jednocześnie — dość szybko dopuszcza do siebie myśl, że Cecily staje się dla niego kimś ważnym. Nie walczy z tym do ostatniej strony. Nie zaprzecza. Rozumie, z czym ona się mierzy, bo sam nosi podobne blizny.
Kto zna Deception Trilogy — pamięta małego Jeremy'ego. Pierwsze 6 lat jego życia: chaos wokół Adriana i Lii, przemoc, niepewność, świat, w którym dziecko powinno być chronione, a zamiast tego jest świadkiem rzeczy, których żadne dziecko nie powinno widzieć. To wszystko odcisnęło na nim ślad, który czuć w każdej decyzji jako dorosłego. Jego potrzeba kontroli, jego ochrona bliskich granicząca z obsesją, jego nieufność wobec świata — to nie są cechy charakteru. To blizny.
I właśnie dlatego rozumie Cecily lepiej niż ktokolwiek inny.
Cecily Knight to bohaterka, która mnie zaskoczyła. Dla otoczenia jest tą spokojną, opiekuńczą przyjaciółką — matką grupy, która trzyma wszystkich razem, nigdy się nie skarży, nigdy nie prosi o pomoc. Etykietka "pruderyjna" przylgnęła do niej tak mocno, że nikt nie zadaje sobie trudu, żeby zajrzeć głębiej.
A pod spodem jest cierpienie. Trauma z przeszłości — przerażające doświadczenie z byłym chłopakiem, które zostawiło blizny dużo głębsze niż fizyczne. Lęk. Wstyd za własne pragnienia, które nie pasują do obrazu, jaki zbudowała dla świata. Cecily walczy z demonami samotnie, bo nie chce być dla nikogo ciężarem. Grała rolę niewidzialnej tak długo, aż sama uwierzyła, że nikogo nie obchodzi, co dzieje się w jej głowie.
Dopiero Jeremy potrafi dostrzec w niej to, czego nie widzą inni. I nie tylko dlatego, że jest wyjątkowo spostrzegawczy. Dlatego, że sam nosi podobne blizny. Rozpoznaje jej ból, bo zna go z własnego doświadczenia. I robi wszystko, żeby pomóc jej zmierzyć się z demonami — nie po to, żeby ją naprawić, ale żeby mogła wreszcie odetchnąć.
Ich dynamika to przez większość książki gra w kotka i myszkę. Cecily ucieka, Jeremy nie odpuszcza. Z cieni, z dystansu, z obsesyjną precyzją. Ale pod tą powierzchnią dzieje się coś głębszego niż zwykły pościg.
Oboje testują swoje granice. I tu Kent robi coś, czego nie robiła w poprzednich tomach: Cecily stawia warunki. Wyznacza zasady. Mówi "do tej granicy i ani kroku dalej". I Jeremy — co szokujące jak na bohatera Kent — słucha. Nie łamie zasad, nie ignoruje granic. Odpuszcza, kiedy ona każe odpuścić. To fundamentalna różnica w porównaniu z Killianem czy Creightonem, którzy dominowali bez pytania o zgodę.
I to, co podobało mi się najbardziej — ona nie próbuje go zmienić. Nie stawia warunków w stylu "będę z tobą, ale musisz być łagodniejszy, bezpieczniejszy, inny". Akceptuje Jeremy'ego takiego, jakim jest. Z ciemnościami, z ostrymi krawędziami, z bratwą we krwi. I on daje jej to samo. Widzi ją całą — z demonami, z traumą, z tym wszystkim, co ukrywa przed światem — i nie cofa się.
Ta wzajemna akceptacja bez prób naprawiania jest sercem tej książki. I dlatego Jeremy i Cecily wyróżniają się na tle całej serii.
Jest dużo ostrych scen — Kent nie byłaby sobą, gdyby ich nie było. Ale na szczęście przeplatają się one z głębszymi, emocjonalnie ciężkimi fragmentami. Momenty, w których Jeremy i Cecily naprawdę rozmawiają — bez gry, bez prowokacji, bez masek — to najlepsze strony tej książki. Momenty, w których Jeremy pokazuje miękkie podbrzusze — zostaje z nią podczas ataku paniki, pilnuje jej snu, reaguje na jej przeszłość nie z wściekłością, ale z cichą determinacją, żeby nikt nigdy więcej jej nie skrzywdził.
Balans między intensywnością a intymnością jest zachowany. Przez całą historię się płynie — nie ma pustych rozdziałów, nie ma scen dla samych scen.
Przed sięgnięciem po God of Wrath warto znać dwa cykle. Deception Trilogy opowiada o rodzicach Jeremy'ego — Adrianie i Lii Volkov — i pokazuje pierwsze 6 lat jego życia, które ukształtowały go jako osobę. Black Knight opowiada o rodzicach Cecily (Xanderze i Kimberly) i daje kontekst do jej zachowań i lęków. Żadna z tych lektur nie jest niezbędna — God of Wrath działa samodzielnie — ale łatwiej wtedy zrozumieć, dlaczego Jeremy reaguje tak, jak reaguje. I dlaczego scena w domu rodziców Cecily uderza tak mocno.
Czytałam zarówno w oryginale, jak i polskie wydanie. Jeśli macie taką możliwość, szczerze polecam oba — Kent po angielsku ma rytm i ostrość, których tłumaczenie nie zawsze oddaje, ale polskie wydanie jest jak najbardziej warte uwagi.
Rina Kent
God of Wrath
God of Wrath
Legacy of Gods #3
Przełożyła: Anna Zborowska-Cinciała
Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, 2026
Komentarze
Prześlij komentarz