Blood of My Monster był ogniem i benzyną. Wiedziałaś, że się sparzysz, ale przynajmniej widziałaś płomień. Lies of My Monster jest czymś gorszym. Jest nadzieją. A nadzieja, która raz po raz dostaje w twarz, boli bardziej niż jakikolwiek ogień.
Bo w tym tomie Kent robi coś okrutnego — daje ci momenty, w których myślisz, że Kirill wreszcie się przełamie. Że ta fasada zimnego kalkulatora w końcu pęknie na dobre. Widzisz, jak uczucie do Sashy przebija się przez kolejne warstwy kontroli i taktyki. Widzisz go prawie ludzkiego. Prawie ciepłego. Prawie kogoś, komu mogłabyś zaufać.
A potem odwala coś, od czego robi ci się słabo.
I to jest właśnie problem z Kirillem Morozovem w drugim tomie. W Blood of My Monster mogłaś go zaszufladkować jako potwora z lodową fasadą. Tu jest gorzej. Tu widzisz, że pod tą fasadą coś jest. Że on WIDZI, co robi z Sashą. Że widzi konsekwencje swoich decyzji z chirurgiczną precyzją — i podejmuje je mimo to. Nie dlatego, że jest ślepy. Dlatego, że w jego świecie uczucia to luksus, na który nie można sobie pozwolić. A jednocześnie jedyna rzecz, której naprawdę chce.
Nie zawsze da się mieć ciastko i zjeść ciastko, Kirill. Nie da się traktować kogoś jak pionek i jednocześnie oczekiwać, że ta osoba będzie na ciebie czekać z otwartymi ramionami. A on próbuje. Raz za razem. I to rozdarcie między kalkulacją a pragnieniem jest sercem tej książki.
Sasha w tym tomie rośnie. I to nie jest wzrost z montażu filmowego, gdzie nagle jest niezwyciężona. To jest powolne, bolesne hartowanie — przez każdą sytuację, która powinna ją złamać, a zamiast tego sprawia, że staje się twardsza. Rośnie w siłę, w świadomość siebie, w umiejętność stawiania granic.
Ale pod tą siłą jest ktoś, kto desperacko pragnie jednej rzeczy — akceptacji. Bezpieczeństwa. Miejsca, w którym można przestać udawać i po prostu być. Miejsca, w którym nie trzeba być cały czas w gotowości, cały czas silną, cały czas udowadniać, że zasługuje na to, żeby tu być.
I jest taki moment w tej książce — nie zdradzę jaki — kiedy wydaje się, że może odpuścić. Że wreszcie ktoś ją widzi taką, jaka jest. Nie jako narzędzie, nie jako element układanki, nie jako żołnierza. Że może sobie pozwolić na bycie bezbronną.
Nie powiem wam, co się dzieje potem. Musicie sami przeczytać.
Rina Kent wie, jak budować napięcie, które nie jest tylko seksualne. Owszem, jest gorąco. Ale prawdziwe napięcie w Lies of My Monster jest egzystencjalne.
Pytanie tej książki nie brzmi "czy się zejdą". Prawdziwe pytanie brzmi — czy przetrwają siebie nawzajem. Czy dwie osoby, które wyrażają uczucia przez kontrolę i walkę, mogą znaleźć coś, co nie jest kolejnym polem bitwy. Co się dzieje, kiedy ktoś, kto kontroluje wszystko, natrafia na jedyną rzecz, której nie da się kontrolować?
To jest dużo trudniejsze pytanie niż "kto z kim skończy w łóżku". I Kent nie daje na to prostej odpowiedzi. Pyta, ile jesteśmy w stanie wybaczyć i dlaczego. Pyta, czy siła i bezbronność mogą istnieć w jednej osobie jednocześnie. Pyta, co jest gorsze — ktoś, kto cię rani, bo nie wie lepiej, czy ktoś, kto wie dokładnie, co robi.
I ten cliffhanger na końcu. Całe szczęście, że czytałam to, gdy trzeci tom był już wydany, bo ten finał zwala z nóg. Kent przez cały tom buduje napięcie warstwa po warstwie — a na końcu wyciąga spod ciebie podłogę jednym ruchem. Nie wyobrażam sobie czekania na Heart of My Monster z takim obrazem przed oczami. Jeśli planujecie tę trylogię — zaopatrzcie się we wszystkie trzy tomy od razu. Serio.
Dark romance, który nie łamie serca. On je powoli rozbiera na części.
Lies of My Monster
Monster Trilogy #2
Przełożyła: Anna Zborowska-Cinciała
Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, 2025
Komentarze
Prześlij komentarz