Są potwory, które w ostatnim rozdziale się zmieniają. Stają się lepsze, łagodniejsze, uczą się miłości i odkładają na półkę wszystko, czym były. Dostają happy end i nowe imię, bo stare było zbyt ciemne, żeby je zabrać do finału. Kirill Morozov tego nie robi. I właśnie dlatego Heart of My Monster jest dla mnie najlepszym tomem trylogii. Rina Kent napisała coś, co rzadko zdarza się w dark romance — historię, w której potwór zostaje potworem, ale uczy się czuć . Nie przemienia się, nie odkupuje win, nie staje się kimś, kim nie jest. Zdobywa wszystko, czego chciał — władzę, kontrolę, posłuszeństwo świata wokół niego — i w środku tej wygranej odkrywa, że stracił coś, co było dla niego ważniejsze niż cokolwiek, co zdobył. Jedna scena zostaje ze mną najdłużej. Kirill pod prysznicem. Wyobraża sobie dłonie Sashy i myśli, że już nigdy ich nie poczuje. To nie jest scena dramatyczna w klasycznym sensie — nie ma krzyku, nie ma konfrontacji. Jest cisza i człowiek, który przez cał...
Nie znam i nie bywam na tych stronach, więc pozostaje mi jedynie twój blog :)
OdpowiedzUsuńCzekam na recenzje.
Pozdrawiam!
Blog jest w tym wszystkim najważniejszy :) Również pozdrawiam :)
UsuńO, za chwilę znajdę na Instagramie i zaobserwuję :) Również od niedawna założyłam tam konto i to naprawdę ciekawa sprawa :)
OdpowiedzUsuńJa mam konto od dawna, tyle że dopiero ostatnio zaczęłam z niego korzystać w ściśle instagramowy sposób :)
Usuń