Przejdź do głównej zawartości

Recenzja: „Krew Pogromców" Edyta M. Matejko – gdy Wrocław staje się areną wampirów


Przyznam szczerze — moja relacja z debiutem Edyty M. Matejko zaczęła się od sporego wyzwania. Przez pierwsze 30 stron miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo. Świat był gęsty, pełen nowych zasad i terminologii, a ja nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Było blisko, żebym odpuściła. Ale nie odpuściłam. I Boże, jak się cieszę, że tego nie zrobiłam.

Bo od mniej więcej jednej trzeciej książki coś się przełamuje. Akcja zaczyna płynąć, świat przestaje być labiryntem bez mapy i nagle okazuje się, że ta historia ma w sobie coś, co nie pozwala odłożyć czytnika. Skończyło się na tym, że połknęłam całość w jedno popołudnie. I to mówi chyba więcej niż jakakolwiek recenzja.

Wrocław w tej historii nie jest tylko tłem — stał się pełnoprawnym bohaterem. Matejko zabiera znane ulice i miejsca i przemalowuje je na mroczną arenę wampirycznego urban fantasy, w którym pod pozorem normalności toczy się nieustanna walka o władzę i przetrwanie. Jest w tym coś niezwykle satysfakcjonującego, gdy rozpoznajesz miejsca, które znasz, ale widzisz je teraz oczami kogoś, kto wie, co czai się w cieniach po zmroku. Autorka nie traktuje miasta jako dekoracji — Wrocław oddycha w tej książce, ma swój rytm i swoją ciemną stronę.

Główna bohaterka Asa prowadzi nas przez ten świat i robi to solidnie, ale — i tu muszę być szczera — to nie ona została mi w głowie najbardziej. To Hugo i Cień skradli tę historię. Są wyraziści, wielowymiarowi i budzą skrajne emocje. Hugo z jego złożonością i Cień z tą mroczną charyzmą, której nie da się zignorować — to dla nich chce się wracać do tego niebezpiecznego świata nieśmiertelnych. Matejko ma talent do pisania postaci męskich, które nie są jednowymiarowymi love interestami, ale pełnokrwistymi bohaterami z własnymi motywacjami i cieniami.

Intryga, którą autorka tkała powoli — momentami aż nazbyt powoli — na samym początku, w finale uderzyła ze zdwojoną siłą. To jest coś, co doceniam w retrospekcji: te 30 stron, które mnie frustrowały, okazały się fundamentem, bez którego końcówka nie miałaby takiej mocy. Matejko buduje jak architekt — cierpliwie, warstwa po warstwie — i nawet jeśli na początku nie widzisz całego projektu, efekt końcowy wynagradza oczekiwanie.

Całości dopełniają genialne odniesienia do popkultury. Miałam ogromną satysfakcję, gdy wyłapałam je wszystkie — to takie mrugnięcie okiem do czytelnika, które pokazuje, że autorka jest jedną z nas. Czyta to, co my, ogląda to, co my, i potrafi te inspiracje wpleść w swoją historię w sposób, który bawi, a nie irytuje.

Czy były zgrzuty? Były. Niektóre zachowania bohaterów nie do końca ze mną zagrały, a warsztatowo momentami bywało nierówno — co w przypadku debiutu jest zupełnie zrozumiałe. Ale jako całość? To bardzo udany start. Widzę w tej historii ogromny potencjał — w świecie, w postaciach i w samej autorce, która wyraźnie wie, dokąd zmierza ze swoją opowieścią.

Jestem zdecydowanie na TAK. Bardzo się cieszę, że mamy kolejną polską autorkę, która nie boi się pisać odważnego urban fantasy osadzonego w polskich realiach. Bo tego nam było trzeba — mrocznych historii, które pachną naszymi miastami, a nie kolejną wersją Nowego Jorku czy Londynu.Przyznam szczerze — moja relacja z debiutem Edyty M. Matejko zaczęła się od sporego wyzwania. Przez pierwsze 30 stron miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo. Świat był gęsty, pełen nowych zasad i terminologii, a ja nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Było blisko, żebym odpuściła. Ale nie odpuściłam. I Boże, jak się cieszę, że tego nie zrobiłam.

Bo od mniej więcej jednej trzeciej książki coś się przełamuje. Akcja zaczyna płynąć, świat przestaje być labiryntem bez mapy i nagle okazuje się, że ta historia ma w sobie coś, co nie pozwala jej odłożyć. Skończyło się na tym, że połknęłam całość w jedno popołudnie. 

Wrocław w tej historii nie jest tylko tłem — stał się pełnoprawnym bohaterem. Matejko zabiera znane ulice i miejsca i przemalowuje je na mroczną arenę wampirycznego urban fantasy, w którym pod pozorem normalności toczy się nieustanna walka o władzę i przetrwanie. Jest w tym coś niezwykle satysfakcjonującego, gdy rozpoznajesz miejsca, które znasz, ale widzisz je teraz oczami kogoś, kto wie, co czai się w cieniach po zmroku. Autorka nie traktuje miasta jako dekoracji — Wrocław oddycha w tej książce, ma swój rytm i swoją ciemną stronę.

Główna bohaterka Asa prowadzi nas przez ten świat i robi to solidnie, ale — i tu muszę być szczera — to nie ona została mi w głowie najbardziej. To Hugo i Cień skradli tę historię. Są wyraziści, wielowymiarowi i budzą skrajne emocje. Hugo z jego złożonością i Cień z tą mroczną charyzmą, której nie da się zignorować — to dla nich chce się wracać do tego niebezpiecznego świata nieśmiertelnych. Matejko ma talent do pisania postaci męskich, które nie są jednowymiarowymi "love interestami", ale pełnokrwistymi bohaterami z własnymi motywacjami i cieniami.

Intryga, którą autorka tkała powoli — momentami aż nazbyt powoli — na samym początku, w finale uderzyła ze zdwojoną siłą. To jest coś, co doceniam w retrospekcji: te 30 stron, które mnie frustrowały, okazały się fundamentem, bez którego końcówka nie miałaby takiej mocy. Matejko buduje jak architekt — cierpliwie, warstwa po warstwie — i nawet jeśli na początku nie widzisz całego projektu, efekt końcowy wynagradza oczekiwanie.

Całości dopełniają genialne odniesienia do popkultury. Miałam ogromną satysfakcję, gdy wyłapałam je wszystkie — to takie mrugnięcie okiem do czytelnika, które pokazuje, że autorka jest jedną z nas. Czyta to, co my, ogląda to, co my, i potrafi te inspiracje wpleść w swoją historię w sposób, który bawi, a nie irytuje.

Czy były zgrzyty? Były. Niektóre zachowania bohaterów nie do końca ze mną zagrały, a warsztatowo momentami bywało nierówno — co w przypadku debiutu jest zupełnie zrozumiałe. Ale jako całość? To bardzo udany start. Widzę w tej historii ogromny potencjał — w świecie, w postaciach i w samej autorce, która wyraźnie wie, dokąd zmierza ze swoją opowieścią.

Jestem zdecydowanie na TAK. Bardzo się cieszę, że mamy kolejną polską autorkę, która nie boi się pisać odważnego urban fantasy osadzonego w polskich realiach. Bo tego nam było trzeba — mrocznych historii, które pachną naszymi miastami, a nie kolejną wersją Nowego Jorku czy Londynu.


* Post powstał we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka



Edyta M. Matejko
Krew Pogromców
Cykl: Cienie
Tom: 1
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2026

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: "Żelazny cierń" Caitlin Kittredge

Autor: Caitlin Kittredge Tytuł: "Żelazny cierń" Tytuł oryginału: "Iron Codex 1: The Iron Thorn" Cykl: Żelazny Kodeks Tom: 1 Wydawnictwo: Jaguar Data wydania: marzec 2012 Liczba stron: 456 Steampunk, antyutopia, science-fiction i niezwykła mitologia Lovecrafta - tym właśnie miał być "Żelazny cierń". Ale gdy po niego sięgnęłam, okazało się, że ta książka ma w sobie więcej. Znacznie więcej. Aoife Grayson ma piętnaście lat i mieszka w mieście Lovecraft, położonym w Stanach Zjednoczonych. W świecie rządzonym przez żelazo i rozsądek nie ma miejsca dla bajek, magii i marzeń, a każde podejrzane zachowanie traktowane jest jak herezja i surowo karane. Dziewczyna z niepokojem oczekuje swych szesnastych urodzin, gdyż właśnie wtedy w jej rodzinie ujawnia się obłęd, spowodowany nekrowirusem krążącym w jej żyłach. Aoife nie ma nikogo. Ojca nigdy nie poznała, matka zamknięta jest w zakładzie dla obłąkanych, a starszy brat uciekł i ślad ...

Ile się zarabia na recenzjach książek?

Zastanawiałeś się kiedyś ile zarabiasz recenzując książki na swoim blogu? Czy wiesz ile warty jest Twój czas? Nie?  To sprawdźmy.

"Quicksilver" Callie Hart - Recenzja: Gdy pustynia spotyka lód, a tajemnice rozgrzewają serca!

Każdy z nas nosi w sobie tajemnice. Czasem są jak delikatny szept, który można zagłuszyć. Innym razem to głośny krzyk, którego nie da się stłumić.  Historia Saeris Fane, 24-letniej kobiety obdarzonej tajemniczymi mocami, rozpoczyna się w surowym, pustynnym królestwie, gdzie woda jest cenniejsza niż złoto. Aby przetrwać, Saeris kradnie wodę z rezerw królowej, ukrywając jednocześnie swoje niezwykłe zdolności.​ Saeris nie miała łatwego życia. Od dziecka wiedziała, że jej moce stanowią zagrożenie – zarówno dla niej, jak i dla wszystkich wokół. Dlatego w pustynnym królestwie nauczyła się być niewidoczna, przemykać cicho niczym cień. Hart świetnie oddaje ten paradoks – Saeris jednocześnie pragnie wolności i obawia się jej, bo wolność oznacza też odkrycie jej sekretu. Jej życie ulega dramatycznej zmianie, gdy przypadkowo otwiera portal do innego wymiaru, trafiając do lodowej krainy Yvelia, zamieszkanej przez Fae – istoty dotąd uważane za legendę. Tam spotyka Kingfishera, tajemniczego wojo...