Druga część serii to prawdziwy rollercoaster. Akcja jest tu zdecydowanie bardziej wartka i skondensowana niż w „Ja, diablica" — autorka nie traci czasu na ponowne wprowadzanie nas w świat, tylko od pierwszych stron rzuca bohaterów w sam środek niebezpiecznej intrygi, która łamie odwieczne pakty między Niebem a Piekłem. Stawka rośnie, tempo śledztwa nie pozwala złapać oddechu, a przez książkę dosłownie się płynie.
I tu pojawia się coś, czego się nie spodziewałam — Niebo. Jeśli piekło w pierwszym tomie było fascynującą, pokręconą korporacją, to Niebo u Miszczuk okazuje się jego lustrzanym odbiciem, tyle że w białych szatach. Pod sterylną czystością i anielską doskonałością kryją się prawdziwe, skomplikowane charaktery — istoty, które mają swoje sekrety, ambicje i słabości. A wizja anielskiej biurokracji to czyste złoto. Miszczuk genialnie pokazuje, że niezależnie od tego, czy siedzisz w piekle czy w niebie, system jest systemem — i zawsze znajdzie się ktoś, kto go wykorzysta.
Wiktoria w tym tomie udowadnia, że nie ważne, czy masz rogi, czy skrzydła — liczy się charakter. A jej charakteru odmówić nie można. Jest jeszcze bardziej zdeterminowana, jeszcze bardziej niewyparzana i jeszcze bardziej gotowa stanąć przeciwko każdemu, kto próbuje ją kontrolować. Obserwowanie, jak radzi sobie w zupełnie nowym środowisku — gdzie zasady gry są inne, a sojusznicy niepewni — to czysta przyjemność.
Galeria postaci rośnie i to w jakim stylu. Poza Azazelem, który wciąż snuje swoje plany podboju zaświatów, i Belethem, którego obecność nawet w niebie podnosi temperaturę, dostajemy Gabriela. I uwierzcie mi — ten anioł nie ma nic wspólnego z nudnym posłańcem ze skrzydełkami. Gabriel to postać, która wnosi do serii zupełnie nową energię — jest nieprzewidywalny, charyzmatyczny i idealnie balansuje dynamikę między postaciami, którą znamy z pierwszego tomu. Chemia między wszystkimi bohaterami iskrzy tu mocniej niż kiedykolwiek.
To, co Miszczuk robi z tą serią na poziomie głębszym, zasługuje na docenienie. Pod warstwą humoru i nadprzyrodzonej akcji konsekwentnie buduje opowieść o wolności wyboru. O tym, że etykiety „dobro" i „zło" to tylko słowa, a prawdziwa wartość człowieka — czy demona, czy anioła — leży w tym, jakie decyzje podejmuje, gdy nikt nie patrzy. W „Ja, anielica" ten wątek wybrzmiewa mocniej niż w debiucie, bo bohaterowie stają przed wyborami, które nie mają dobrych odpowiedzi.
Więcej humoru, więcej niebezpieczeństw i zdecydowanie więcej chemii. „Ja, anielica" to dowód na to, że kontynuacje mogą nie tylko dorównać oryginałowi, ale go prześcignąć. Ta seria to absolutny comfort read — z rodzaju tych, przy których zapominasz o czasie i nagle jest trzecia w nocy, a ty mówisz sobie „jeszcze tylko jeden rozdział". Katarzyna Berenika Miszczuk stworzyła świat, od którego nie da się oderwać.
* Post powstał we współpracy z Wydawnictwem Mięta
Katarzyna Berenika Miszczuk
Komentarze
Prześlij komentarz