Przejdź do głównej zawartości

...


Alan Rickman (1946-2016)

Komentarze

  1. Właśnie przed chwilą pisałam u siebie na FB, że jak to jest, że odchodzi ktoś, kogo znałam tylko z ekranu, a jakoś tak pusto się zrobiło. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo pusto. Uwielbiałam go oglądać, a przede wszystkim słuchać jego charakterystycznego głosu.

      Usuń
  2. Zapraszam do mnie --->http://wchmurach12.blogspot.com/ ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ile się zarabia na recenzjach książek?

Zastanawiałeś się kiedyś ile zarabiasz recenzując książki na swoim blogu? Czy wiesz ile warty jest Twój czas? Nie?  To sprawdźmy.

Recenzja: „Rycerz i Ćma” Rachel Gillig – świat utkany z półcieni, emocji i niedosytu

W świecie, gdzie sny są nie tylko ulotnymi wizjami, ale i namacalnymi ostrzeżeniami, młoda wieszczka Sybil Delling, zwana Szóstką, zostaje wciągnięta w intrygę, która może odmienić losy królestwa. Gdy jej towarzyszki z kręgu wieszczek zaczynają znikać, a nad krainą zbierają się coraz ciemniejsze chmury, Sybil musi postawić wszystko na jedną kartę. Zmuszona jest zaufać komuś, kogo instynktownie powinna unikać – Rodrickowi Myndaciousowi, rycerzowi o reputacji bluźniercy i buntownika. Wspólnie wyruszają w podróż pełną mrocznych sekretów, fałszywych sojuszy i moralnych dylematów, gdzie granica między dobrem a złem zaciera się z każdym kolejnym krokiem. Rachel Gillig po raz kolejny zabiera nas do królestwa, które jednocześnie fascynuje i przeraża. W Rycerzu i Ćmie odnajdujemy wszystko to, co sprawia, że jej twórczość wyróżnia się na tle współczesnej fantastyki: gęsty, gotycki klimat, skomplikowanych bohaterów i fabułę utkaną z moralnych niejednoznaczności. To historia o snach, które potraf...

Recenzja: „Lies of My Monster" Rina Kent — między kontrolą a pragnieniem nie ma bezpiecznej drogi

Blood of My Monster był ogniem i benzyną. Wiedziałaś, że się sparzysz, ale przynajmniej widziałaś płomień. Lies of My Monster jest czymś gorszym. Jest nadzieją. A nadzieja, która raz po raz dostaje w twarz, boli bardziej niż jakikolwiek ogień. Bo w tym tomie Kent robi coś okrutnego — daje ci momenty, w których myślisz, że Kirill wreszcie się przełamie. Że ta fasada zimnego kalkulatora w końcu pęknie na dobre. Widzisz, jak uczucie do Sashy przebija się przez kolejne warstwy kontroli i taktyki. Widzisz go prawie ludzkiego. Prawie ciepłego. Prawie kogoś, komu mogłabyś zaufać. A potem odwala coś, od czego robi ci się słabo.  I to jest właśnie problem z Kirillem Morozovem w drugim tomie. W Blood of My Monster mogłaś go zaszufladkować jako potwora z lodową fasadą. Tu jest gorzej. Tu widzisz, że pod tą fasadą coś jest. Że on WIDZI, co robi z Sashą. Że widzi konsekwencje swoich decyzji z chirurgiczną precyzją — i podejmuje je mimo to. Nie dlatego, że jest ślepy. Dlatego, że w jego świeci...