Cecily Knight opanowała sztukę budowania takiej fasady do perfekcji. I to właśnie Jeremy Volkov jest pierwszą osobą w jej życiu, która nie daje się na to nabrać nawet na ułamek sekundy.
To genialny punkt wyjścia dla God of Wrath. Rina Kent doskonale wie, że ta jedna fundamentalna relacja wystarczy, by wznieść na niej całe skomplikowane napięcie tej powieści. Jeremy nie jest klasycznym bohaterem literackim, który uczy się kochać swoją partnerkę mimo jej trudnej, skomplikowanej przeszłości. On kocha ją poprzez nią. Jego własne doświadczenia, wyniesione z domu rodzinnego, wyostrzyły jego zmysły i nauczyły go dostrzegać anomalie tam, gdzie inni widzą idealny porządek. Dzieciństwo spędzone w cieniu specyficznej, początkowo mocno destrukcyjnej dynamiki rodziców zostawiło w nim unikalny, psychologiczny radar – rzadką umiejętność natychmiastowego, bezbłędnego rozpoznawania cudzego bólu, który ktoś za wszelką cenę stara się ukryć przed światem. Jeremy widział to u źródła: w swojej matce, w tym, jak funkcjonuje człowiek niosący w sobie destrukcyjny ciężar, który nie pozwala nikomu zbliżyć się na odległość strzału.
I dokładnie to samo zamrożenie wykrywa pod gładką powłoką Cecily.
Właśnie ten moment w całej książce zatrzymuje najmocniej. To nie jest kwestia czystego, pierwotnego pożądania czy faktu, że Jeremy staje się przy niej nieprzewidywalny i skrajnie intensywny. Prawdziwe sedno tkwi w tym, że w momencie, gdy dostrzega w niej echo traumy tak bliskiej jego własnej historii, nie wykonuje kroku w tył. A przecież mógłby to zrobić. Z punktu widzenia czystego instynktu samozachowawczego byłoby to całkowicie uzasadnione – chronić własne, z trudem poukładane rany i nie wchodzić w relację, która boli tak znajomo. Jeremy jednak zostaje. Podejmuje świadomą decyzję, by nie odwracać wzroku. Zaczyna patrzeć jeszcze uważniej, z chirurgiczną precyzją.
Cecily z kolei decyduje się na krok, który z jej perspektywy wymaga znacznie większej odwagi niż samo przyznanie się do bezsilności – pozwala mu na to patrzenie. Robi to powoli, z ogromnym, wewnętrznym oporem, z całą tą instynktowną niechęcią właściwą ludziom, którzy dawno temu zakodowali sobie w głowie, że bycie autentycznie widzianym równa się śmiertelnemu niebezpieczeństwu. Jednak Jeremy nie pozwala się odepchnąć. I nie wynika to z jego zwykłego, ślepego uporu czy chęci postawienia na swoim. Dzieje się tak, ponieważ on doskonale rozumie architekturę tego oporu. Wie, przed czym ona się broni.
Tu dotykamy kwestii, o której gatunek dark romance mówi niezwykle rzadko w sposób tak dojrzały: najgłębsza, najbardziej rozrywająca intymność między dwojgiem ludzi rzadko kiedy ma cokolwiek wspólnego z bliskością fizyczną. Prawdziwa intymność to bycie rozpoznanym. To ten paraliżujący i uwalniający jednocześnie moment, kiedy drugi człowiek patrzy na ciebie, bezbłędnie demaskuje wersję na pokaz, dociera do tej najbardziej poranionej, prawdziwej tkanki – i decyduje się zostać.
W tym miejscu ujawnia się element, który w konstrukcji tej powieści cenię najbardziej. Jeremy jest postacią skrajnie kontrolującą – to fakt, zaprzeczanie temu nie miałoby sensu. Ma wręcz obsesyjną potrzebę panowania nad sytuacją, nad przestrzenią i nad każdą mikrosekundą tego, co rodzi się między nimi. W ramach mrocznej, skrajnie przerysowanej logiki tej historii Rina Kent stawia tu jednak bardzo wyraźną, grubą kreskę między kontrolą traktowaną jako bezduszne narzędzie opresji a kontrolą będącą specyficzną, surową formą opieki. Jeremy nie stosuje klasycznego wymuszenia. Nie spycha Cecily w rejony, na które jej wnętrze nie wyraża zgody. Paradoksalnie, on daje jej dokładnie to, czego ona podświadomie pragnie, i robi to z pełną, niemal przerażającą świadomością jej własnych, głęboko skrywanych pragnień. To fundamentalna różnica. Kontrola, która rodzi się z uważnego wglądu w drugą osobę i staje się odpowiedzią na jej niemy krzyk, to zupełnie inny kaliber niż bezmyślna dominacja, która o nic nie pyta.
God of Wrath funkcjonuje jako trzeci tom Legcy of Gods i teoretycznie pozwala na autonomiczną lekturę. Jednak pozbawianie się kontekstu skomplikowanych relacji rodzinnych Volkovów (Deception Trilogy) i Knightów (Black Knight) dawałoby niepełny obraz sytuacji. Obserwowanie Jeremy'ego jako postaci drugoplanowej w trylogii jego rodziców buduje unikalne napięcie na długo przed tym, zanim dostaje on przestrzeń na własny głos. I trzeba przyznać, że ta historia była warta każdej minuty czekania.
Rina Kent stworzyła opowieść o dwojgu ludziach, których przeszłość ze wszystkimi swoimi demonami miała pełne prawo ich od siebie odepchnąć i zniszczyć. Zamiast tego, stała się mostem. Nie dlatego, że doznana trauma w magiczny sposób ich uleczyła. Stało się tak dlatego, że ich traumy potrafiły porozumieć się bez słów.

Komentarze
Prześlij komentarz