Przejdź do głównej zawartości

Gdzie nie powinna czuć się bezpiecznie. Blood of My Monster — Rina Kent

Rina Kent Blood of my monster recenzja

Bezpieczeństwo w naszej podświadomości ma bardzo konkretne, z góry przypisane adresy.

Dom rodzinny – jeśli miałaś w życiu wystarczająco dużo szczęścia, by taki posiadać. Ramiona kogoś bliskiego, komu bezgranicznie ufasz. Przestrzeń, którą znasz tak intymnie i dobrze, że możesz całkowicie zamknąć oczy i mieć absolutną pewność, że żaden mrok cię tam nie dosięgnie. Prawdziwe bezpieczeństwo powinno pachnieć znajomością, przewidywalnością, ciepłem i spokojem.

Na pewno nie powinno pachnieć Kirillem Morozovem.

I właśnie to jest pierwsza, a zarazem najważniejsza rzecz, którą Rina Kent robi w Blood of My Monster – rzuca Sashę w samo centrum rzeczywistości, w której zdrowa logika nakazuje jej drżeć ze strachu, podczas gdy coś znacznie głębszego, ukrytego pod pancerzem instynktu przetrwania, wysyła jej zupełnie sprzeczne sygnały.

Sasha wkracza w świat Kirilla z potężnym kłamstwem, które staje się jej drugą skórą. Ukrywa się przed przeszłością – dosłownie, fizycznie i tożsamościowo. Robi to z czystej desperacji, ale też z tytanicznej siły i uporu, który jest prawdopodobnie najbardziej definiującą cechą jej charakteru. To kobieta, która podjęła świadomą decyzję: przeżyje za wszelką cenę. Znalazła na to swój własny, skrajnie ryzykowny sposób, wymagający od niej wyrzeczeń i odporności psychicznej, jakich większość ludzi nie potrafiłaby sobie nawet wyobrazić. Wchodzi do jaskini lwa, doskonale wiedząc, że jeden fałszywy krok oznacza natychmiastowy wyrok.

A potem lód pęka. Kirill odkrywa jej kłamstwo. I... nie robi z tą wiedzą absolutnie nic.

To jest ten moment zwrotny, który redefiniuje całą dynamikę tej historii i zostaje pod powiekami na długo po zamknięciu książki. Nie dzieje się tak dlatego, że ta scena jest romantyczna w klasycznym, popkulturowym rozumieniu tego słowa – bo nie jest. Jest czymś o wiele rzadszym i potężniejszym: to ostateczny dowód na to, że Kirill autentycznie zobaczył Sashę. Przebił się przez jej maskę i dostrzegł nie tylko fakt, że go okłamała, ale przede wszystkim zrozumiał, że miała powód, by to zrobić. I uznał – bez zbędnych słów, bez negocjacji czy wyciągania konsekwencji – że ten powód był wystarczający. Jej tajemnica w ułamku sekundy stała się również jego tajemnicą.

W brutalnym, bezwzględnym świecie Bratwy, gdzie każda najmniejsza słabość jest traktowana jak otwarte zaproszenie do eliminacji, taki gest ze strony człowieka władzy jest czymś całkowicie anomalnym. Kirill Morozov nie jest przecież filantropem; to bezwzględny strateg, który nie wykonuje ruchów bez wcześniejszego chłodnego rachunku zysków i strat. A jednak tutaj, wbrew własnym zasadom, dobrowolnie rezygnuje z asymetrii władzy, którą mógłby nad nią zyskać. To nie jest chwilowy odruch słabości – to surowy, świadomy wybór.

I Sasha to wyczuwa. Nie dzieje się to natychmiast, nie przybiera formy dramatycznego wyznania czy nagłego zwrotu akcji. Ten proces zachodzi powoli, podskórnie, przez całą objętość pierwszego tomu. Zaczyna dziać się coś głęboko paradoksalnego: obok człowieka, który z definicji powinien stanowić dla niej największe, śmiertelne zagrożenie, Sasha zaczyna odnajdywać najbardziej stabilny schron.

To skomplikowana psychologiczna łamigłówka, a Rina Kent ma w sobie na tyle pisarskiej dojrzałości, by nie udawać, że jest inaczej. Nie próbuje malować tej relacji pastelowymi barwami prostej, naiwnej miłości. Sasha jest zbyt twarda, zbyt mocno poturbowana przez życie i zbyt świadoma mechanizmów tego świata, by pozwolić sobie na ślepą wiarę. Jej poczucie bezpieczeństwa u boku potwora nie rodzi się z naiwności – rodzi się z bezwzględnej, chłodnej obserwacji. Z faktu, że ten jeden konkretny człowiek, jako jedyny w całej jej rzeczywistości, zachował się wobec niej w sposób zaprzeczający wszystkiemu, czego dotychczas nauczyła się o ludziach.

I to właśnie ta wewnętrzna sprzeczność – potwór, który zamiast niszczyć, staje się tarczą, oraz śmiertelne niebezpieczeństwo, które jako jedyne przynosi upragniony spokój – staje się paliwem napędzającym całą trylogię już od pierwszych stron.

Blood of My Monster to potężne, bezkompromisowe wejście w serię. Kent buduje uniwersum i napięcie między bohaterami w tempie, które nie pozwala na chwilę oddechu. Jednak największą wartością tego tomu jest coś innego: autorka bez grama lukru przekonuje nas, że Sasha i Kirill mają absolutne, organiczne prawo być blisko siebie. Nawet jeśli na tym etapie żadne z nich nie posiada jeszcze języka, by to odpowiednio nazwać.



Rina Kent

Blood of My Monster
Monster Trilogy #1
Przełożyła: Anna Zborowska-Cinciała
Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, 2025

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: "Żelazny cierń" Caitlin Kittredge

Autor: Caitlin Kittredge Tytuł: "Żelazny cierń" Tytuł oryginału: "Iron Codex 1: The Iron Thorn" Cykl: Żelazny Kodeks Tom: 1 Wydawnictwo: Jaguar Data wydania: marzec 2012 Liczba stron: 456 Steampunk, antyutopia, science-fiction i niezwykła mitologia Lovecrafta - tym właśnie miał być "Żelazny cierń". Ale gdy po niego sięgnęłam, okazało się, że ta książka ma w sobie więcej. Znacznie więcej. Aoife Grayson ma piętnaście lat i mieszka w mieście Lovecraft, położonym w Stanach Zjednoczonych. W świecie rządzonym przez żelazo i rozsądek nie ma miejsca dla bajek, magii i marzeń, a każde podejrzane zachowanie traktowane jest jak herezja i surowo karane. Dziewczyna z niepokojem oczekuje swych szesnastych urodzin, gdyż właśnie wtedy w jej rodzinie ujawnia się obłęd, spowodowany nekrowirusem krążącym w jej żyłach. Aoife nie ma nikogo. Ojca nigdy nie poznała, matka zamknięta jest w zakładzie dla obłąkanych, a starszy brat uciekł i ślad ...

Nie przyszła się dopasować. Nightshade — Autumn Woods

Są miejsca, które od początku mówią ci jedno: nie jesteś tu mile widziana. Nie muszą tego krzyczeć. Wystarczy odpowiedni ciężar kamiennych murów, odpowiednia temperatura powietrza, odpowiedni sposób, w jaki starsze nazwiska patrzą na nowe twarze. Sorrowsong University jest dokładnie takim miejscem. Szkockie Highlands, elitarna uczelnia, tradycja tak gruba, że dusi — i sekrety zakopane zbyt głęboko, żeby ktokolwiek miał ochotę po nie sięgać. Ophelia Winters przyjeżdża tam po prawdę. Nie po akceptację, nie po nowe życie, nie po to, żeby udowodnić, że pasuje do świata bogatszych i bardziej uprzywilejowanych. Ona wchodzi do tej zamkniętej przestrzeni po to, żeby rozgrzebać to, co inni bardzo chcieliby zostawić głęboko pod ziemią. I właśnie to czyni z Nightshade coś ostrzejszego niż kolejną dark academię z mgłą i starymi budynkami w tle. Ophelia niesie stratę, gniew i pytania, na które nikt nie zamierza jej odpowiedzieć. Sorrowsong jest piękne, ale zimne. Elitarne, ale duszne. A każdy, kto ...

Recenzja: „Rycerz i Ćma” Rachel Gillig – świat utkany z półcieni, emocji i niedosytu

W świecie, gdzie sny są nie tylko ulotnymi wizjami, ale i namacalnymi ostrzeżeniami, młoda wieszczka Sybil Delling, zwana Szóstką, zostaje wciągnięta w intrygę, która może odmienić losy królestwa. Gdy jej towarzyszki z kręgu wieszczek zaczynają znikać, a nad krainą zbierają się coraz ciemniejsze chmury, Sybil musi postawić wszystko na jedną kartę. Zmuszona jest zaufać komuś, kogo instynktownie powinna unikać – Rodrickowi Myndaciousowi, rycerzowi o reputacji bluźniercy i buntownika. Wspólnie wyruszają w podróż pełną mrocznych sekretów, fałszywych sojuszy i moralnych dylematów, gdzie granica między dobrem a złem zaciera się z każdym kolejnym krokiem. Rachel Gillig po raz kolejny zabiera nas do królestwa, które jednocześnie fascynuje i przeraża. W Rycerzu i Ćmie odnajdujemy wszystko to, co sprawia, że jej twórczość wyróżnia się na tle współczesnej fantastyki: gęsty, gotycki klimat, skomplikowanych bohaterów i fabułę utkaną z moralnych niejednoznaczności. To historia o snach, które potraf...