Przejdź do głównej zawartości

„Deep End" Ali Hazelwood – od łóżka do miłości, czyli slow burn odwrócony do góry nogami


Jeśli myśleliście, że o Ali Hazelwood wiecie już wszystko, to „Deep End" jest jak skok na główkę do lodowatej wody — otrzeźwiający, intensywny i satysfakcjonujący. Zapomnijcie o hokeistach czy futbolistach. Ali zabiera nas na basen Stanfordu i stawia na sporty, na których rzadko opiera się fabuła: on jest pływakiem, ona skoczkinią do wody. I to jest genialne, bo od pierwszych stron czujesz, że ta historia będzie inna niż wszystko, co Hazelwood pisała wcześniej.

Scarlett i Lukas to nie są zagubione dzieciaki, które potykają się o własne uczucia i nie potrafią się komunikować. To dojrzali, świadomi siebie ludzie, którzy wiedzą, czego chcą — od życia, od sportu i od siebie nawzajem. Ich relacja zaczyna się od łóżka, czysto fizycznie, bez zobowiązań i wielkich deklaracji. I normalnie to byłby przepis na katastrofę albo na płytki romans, który zapominasz po tygodniu. Ale Hazelwood robi z tym coś wyjątkowego — powoli, rozdział po rozdziale, przemyca emocje tam, gdzie miała być tylko chemia. Obserwowanie, jak Scarlett i Lukas stają się dla siebie wsparciem i fundamentem, na którym mogą odbudować swoje życia, było po prostu piękne. To slow burn w najczystszej formie — tyle że zaczęty od końca.

To, co kupiło mnie w tej historii najbardziej, to właśnie ta dojrzałość. Hazelwood nie pisze o miłości jako o wielkim, dramatycznym uczuciu, które spada na ciebie jak grom z jasnego nieba. Pisze o miłości jako o wyborze — codziennym, świadomym, czasem trudnym. Scarlett i Lukas nie ratują się nawzajem w hollywoodkim stylu. Oni budują siebie nawzajem, cegła po cegle, z cierpliwością i szacunkiem, którego wielu literackich parom brakuje. I to jest odświeżające w gatunku, który często żyje z dramatu i nieporozumień.

Dla fanek „Hazel-verse" autorka przygotowała genialny smaczek: obecność dr Adama Carlsena i Olive Smith. Uwielbiam to, jak zręcznie zostali wpleceni w fabułę — nie dominują, nie przesłaniają głównej historii, ale każde ich pojawienie się to czysty zastrzyk radości. Jeśli znacie „The Love Hypothesis", będziecie się szczerzyć do stron przy każdym ich pojawieniu się. A jeśli to Wasze pierwsze spotkanie z Ali — nawet nie poczujecie, że coś Was omija. To idealny przykład na to, jak robić fan-service: subtelnie, z klasą i bez przytłaczania nowej historii.

Poziom spice to zupełnie nowa liga dla Ali. Jest odważnie i gorąco, ale przede wszystkim bardzo prawdziwie. Sceny intymne nie są tu tylko ozdobnikiem — są częścią rozwoju relacji, kolejnym krokiem w budowaniu zaufania między bohaterami. Choć autorka wychodzi ze swojej naukowej strefy komfortu, jej charakterystyczny humor i sarkazm wciąż tu są. Hazelwood ma ten rzadki dar pisania gorących scen z uśmiechem na ustach, co sprawia, że nawet najbardziej pikantne momenty nie tracą lekkości.

A samo tło sportowe? Rewelacja. Basen, treningi, rywalizacja, presja wyników — Hazelwood odwzorowuje świat sportu akademickiego z pasją i wiedzą, której nie da się udawać. Czuć, że autorka zrobiła research, bo detale są konkretne, a atmosfera rywalizacji namacalna. To nie jest romans, w którym sport jest tylko tłem do pocałunków — to historia, w której pasja do sportu jest tak samo ważna jak pasja do drugiego człowieka.

I serio — nie spodziewałam się, że sportowy romans może być aż tak dojrzały. Chcę więcej takich historii. O pasji, ambicji i miłości, która nie jest ucieczką od rzeczywistości, tylko świadomym wyborem. „Deep End" udowadnia, że Ali Hazelwood ma w sobie znacznie więcej niż laboratoryjne romanse — i z niecierpliwością czekam, dokąd zabierze nas następnym razem.


Ali Hazelwood
Deep End / Deep End
Przełożył: Filip Sporczyk
Wydawnictwo Muza, 2026


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ile się zarabia na recenzjach książek?

Zastanawiałeś się kiedyś ile zarabiasz recenzując książki na swoim blogu? Czy wiesz ile warty jest Twój czas? Nie?  To sprawdźmy.

Recenzja: "Żelazny cierń" Caitlin Kittredge

Autor: Caitlin Kittredge Tytuł: "Żelazny cierń" Tytuł oryginału: "Iron Codex 1: The Iron Thorn" Cykl: Żelazny Kodeks Tom: 1 Wydawnictwo: Jaguar Data wydania: marzec 2012 Liczba stron: 456 Steampunk, antyutopia, science-fiction i niezwykła mitologia Lovecrafta - tym właśnie miał być "Żelazny cierń". Ale gdy po niego sięgnęłam, okazało się, że ta książka ma w sobie więcej. Znacznie więcej. Aoife Grayson ma piętnaście lat i mieszka w mieście Lovecraft, położonym w Stanach Zjednoczonych. W świecie rządzonym przez żelazo i rozsądek nie ma miejsca dla bajek, magii i marzeń, a każde podejrzane zachowanie traktowane jest jak herezja i surowo karane. Dziewczyna z niepokojem oczekuje swych szesnastych urodzin, gdyż właśnie wtedy w jej rodzinie ujawnia się obłęd, spowodowany nekrowirusem krążącym w jej żyłach. Aoife nie ma nikogo. Ojca nigdy nie poznała, matka zamknięta jest w zakładzie dla obłąkanych, a starszy brat uciekł i ślad ...

Ebooki i ja

Przez bardzo długi czas trwałam w przekonaniu, że będę czytać wyłącznie papierowe książki. Później przekonałam się do audiobooków, słuchając ich podczas domowych porządków i w czasie długich, bezsennych nocy. A jakiś czas temu doszłam do wniosku, ze również ebooki są świetną sprawą. Najpierw w miarę wygodne czytanie zapewnił mi smartfon, a ostatnio komfort ten niebywale poprawił iPad. Nadal uważam, ze papierowe wydania są najlepsze. Lubię czuć w dłoni ciężar książki i ten zapach farby drukarskiej, gdy po raz pierwszy unosi się do góry okładkę. Jednak ebooki znacznie łatwiej czyta mi się w nocy. Mogę tez nosić przy sobie kilka książek naraz, co jest wielkim plusem podczas wyjazdów. I nie muszę się martwić, ze pozaginają się rogi. Moja wirtualna biblioteczka na razie zajmuje jedną półkę. Dziś dołączył do niej "Lód" Jacka Dukaja - prezent walentynkowy ;) Zawsze bałam się wielkości tej książki, teraz przynajmniej nie widzę, jaką jest "cegłą" :) W ...