Przejdź do głównej zawartości

Czarna koperta, a w niej trzy krwawe szramy...


Dostałam czarną kopertę. 

A gdy w skrzynce znajdujesz czarną kopertę, wiedz, że coś się dzieje.

W kopercie było napisane, że nie mogę nic o tym pisać. Ale zakazy są po to by je łamać. Przynajmniej troszeczkę.

Po przeczytaniu zawartości rzuciłam się w czeluści Internetu w poszukiwaniu informacji. Bo to coś sprawiło, że miałam ciarki. Wstrząsnęło mną. I zauroczyło mnie swoją specyficznością. 

Przyznaję, że ta czarna koperta i tajemnicza otoczka to bardzo ciekawy i zapewne skuteczny sposób promocji. Ale wydaje się, że ta sekretna rzecz jest warta takiego zachodu. Bo jej początek wbija w ziemię.

Mam nadzieję, że niedługo napiszę Wam o tym więcej, w bardziej jawnej formie :)

Komentarze

  1. Też dostałam i ledwo się trzymam, żeby nie wypaplać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo :) a później pewnie pół blogosfery będzie o tym mówić i wszystkim obrzydzimy to coś już na samym wstępie :P

      Usuń
  2. Ojej, zaciekawiłaś mnie. O co chodzi z tą czarną kopertą?

    OdpowiedzUsuń
  3. Paradoksalnie, wydawnictwo pewnie liczy, że ktoś się wypapla. Marketingowo byłoby dla nich całkiem spoko :)
    Pozdrawiam
    Michał Małysa

    OdpowiedzUsuń
  4. No przyznam, że zasiałaś u mnie ziarno ciekawości;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Do mnie też dotarła i zrobiła wrażenie :) Już się nie mogę doczekać dalszego ciągu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja się szalenie cieszę, że coraz więcej jest takich fajnych akcji promocyjnych :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaciekawiłaś mnie! I żałuję, że sama nie znalazłam w swojej skrzynce czarnej koperty ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ile się zarabia na recenzjach książek?

Zastanawiałeś się kiedyś ile zarabiasz recenzując książki na swoim blogu? Czy wiesz ile warty jest Twój czas? Nie?  To sprawdźmy.

Recenzja: „Reminders of Him" Colleen Hoover – książka, która najpierw łamie serce, a potem je skleja

Mam z Colleen Hoover relację love-hate. Czasem jej historie wydają mi się zbyt schematyczne, ale potem pojawia się taka książka jak „Reminders of Him" i przypomina mi, dlaczego ta autorka wciąż trzęsie emocjami czytelników na całym świecie. Ta książka, choć przeczytana kilka lat temu, została ze mną na długo. I chociaż nie była idealna, uderzyła w tak czułe struny, że płakałam przy niej kilka razy. Kenna Rowan wraca. Po latach spędzonych w więzieniu wchodzi z powrotem do świata, który zdążył ją skreślić, pogrzebać i zapomnieć. Wraca do miasta, w którym straciła wszystko — wolność, godność, miłość. Ale przede wszystkim wraca po córkę, której nigdy nie poznała. I właśnie tutaj Hoover robi coś, czego nie spodziewałam się po niej w takim stopniu — surowo, bezkompromisowo portretuje kobietę, którą społeczeństwo zredukowało do jednego błędu. Kenna nie jest idealna. Nie jest nawet szczególnie sympatyczna na pierwszy rzut oka. Jest zdesperowana, pogubiona i ledwo znosi ciężar własnej winy...

Recenzja: „God of Wrath" Rina Kent — nieodrodny syn swojego ojca, który mnie kupił

Moja ulubiona część Legacy of Gods. Mówię to bez wahania. Jeremy Volkov i Cecily Knight to para, przy której wszystko kliknęło — chemia, głębia, emocje i wzajemna akceptacja bez prób naprawiania drugiej osoby. Wszystko zaczyna się od jednej nocy. Cecily wkrada się na inicjację Heathens — brutalny rytuał polowania w lesie, gdzie nowi członkowie muszą przetrwać noc ścigani przez resztę grupy. Robi to jako przysługę dla Landona, w którym jest potajemnie zakochana. Myśli, że jest niewidzialna — bo zawsze była. Prześlizgiwała się przez życie niezauważona, cicha, bezpieczna w swojej niewidzialności. Ale tej nocy diabeł ją zauważył. I od tego momentu Jeremy Volkov nie spuszcza jej z oczu. Jeremy jest nieodrodnym synem swojego ojca. Jak to Adrian idealnie ujął — obaj cierpią na tę samą przypadłość zwaną "problemy z zaufaniem". I to jest widoczne od pierwszej strony. Lider Heathens, dziedzic rosyjskiej bratwy, ktoś, o kim krążą plotki, że ma już krew na rękach. Zimny, bezwzględny, kon...